Trzy tygodnie w… Birmie

Gili – Bali – Bahyawingi

Gili Meno to jedna z trzech małych wysp leżących między Lombokiem a Bali. Ze wschodu na zachód ma około kilometra, z północy na południe o 500m więcej. W dwie godziny spokojnym krokiem można obejść całą wyspę pięknym piaszczystym brzegiem. Ze wschodniej, portowej strony, widać Gili Air, a dalej Lombok i ukryty w chmurach wulkan Rinjani, który nauczył nas nieco pokory. Z zachodniego brzegu widać oddalone o kilkaset metrów Gili Trawangan, a dalej Bali i jej najwyższy szczyt – górę Agung. Dookoła krystalicznie czyste wody oceanu, pełne kolorowych raf pośród których niespiesznie pływają zielone żółwie.

Kilogramami lodu nakładanymi na kostkę zbiliśmy opuchliznę Natalii. Ja biegałem dookoła wyspy w poszukiwaniu miejsc gdzie mogłaby dojechać rowerem, tak by nie nadwyrężać nogi. Rozkoszowaliśmy się pustymi plażami, na których mieliśmy właściwie prywatnych kucharzy, serwujących Gado-Gado (warzywa w sosie orzechowym), Urap –Urap (warzywa w sosi kokosowym) i Nasi Goreng Spesial (smażony ryż, spesial znaczy, że z mięsem). Jeden wieczor spędzililiśmy na rozmwie z Merutem, właścicielem bungalowow w których spaliśmy. Gorliwy muzułmanin, opowiadał nam o czarnej magii i możliwościach szamanów z Bali. Umieją oni latać z wyspy na wyspę, rzucać uroki na ludzi i przedmioty, a za pomocą lalek zadawać ból i cierpienie ludziom oddalonym o setki kilometrów. Mówił o żółwiu który uratował rybaków z Sulawesi, kórych statek zniszczyły fale tsunami – dzięki tej historii te „współczesne dinozaury” darzone są przez nich tak wielkim szacunkiem. Pokazał nam również kilka sposobów którymi na Bali oszukuje się turystów – jak wielką radość sprawiło nam później przyłapanie oszusta w kantorze na Bali!

Natalia męczyła się przybita do bambusowego łoża na plaży, nie mogąc korzystać z uroków okolicznych wód. Ja miałem więcej szczęścia – po przybrzeżnych rafach oprowadzał mnie piękny zielony żółw morski, jak gdyby chciał pokazać mi swój podwodny świat.

Gdy opuchlizna zeszła popłynęliśmy na Bali z krótką przesiadką na Gili Trawangan – oddalonej o kilkaset metrów, a tak innej. Port na Gili T wygląda trochę jak Władysławowo, tyle że w nieporównanie piękniejszych okolicznościach przyrody. Pełno tam sklepów między którymi błąkają się dziesiątki surferów, nurków i zwykłych plażowiczów. Ale w końcu Gili Trawangan nazywają „party Island”, a Gili Meno „honeymoon” 🙂

Pierwsze miejsce które odwiedziliśmy na Bali to Kuta (bez „s”). To nie był najlepszy wybór – miasto to słynie z idealnych warunków do surfowania, przez co pełne jest Australijczyków z deskami, kompletnie niezainteresowanych Indonezyjską kulturą, której w mieście zbyt wiele nie widać. Na każdym rogu widać za to sklepy pełne koszulek z napisami w stylu „I’m not Gay, but $20 is $20”. Zastanawiające hasło. Największym pozytywem wizyty w Kucie było to, że nocowaliśmy u niesamowicie pomocnego i przyjemnego Indonezyjczyka – Hariego. Zaprosił nas do swojego domu, zabrał na bluesowy koncert (na którym 97% publiki wyglądało na Australijczyków, a pośród nich przechadzały się Azjatki negocjowalnego afektu) i pokazał kilka wspaniałych lokalnych knajp. Zobaczyliśmy jak żyją normalni Indonezyjczycy – tamtejsza klasa średnia. Jego rodzice mieli Warung (lokalna knajpa), a Hari pracuje jako grafik komputerowy w Szwajcarskiej fundacji zajmującej się promocją turystyki na Sulawesi, jednej z większych i nieskażonych jeszcze zalewem turystów Indonezyjskich wysp. Hari mieszkał daleko od miasta, dzięki czemu złapaliśmy przyjemnego stopa  Mimo że taksówkarz, zabrał nas za darmo i polecił kolegę po fachu który następnego dnia zawiózł nas do malowniczej świątyni Tanah Lot zbudowanej na skałach na brzegu oceanu, a potem do Ubud, skomercjalizowanego, ale wciąż urzekającego miasta, które jest kolebką balijskiej kultury i centrum spotkań artystów z całego świata.

Agus, bo tak nazywał się nasz kierowca, opowiadał nam wiele o Balijskich tradycjach, historii Ramajany, którą przedstawia Balijski taniec Kecak. Zdziwił się niesamowicie, gdy spytaliśmy go o inny ‘zakazany’ taniec- Leak, o którym dowiedzieliśmy się na Gili . „Skąd o tym wiecie?” – spytał lekko zaniepokojony. Słyszeliśmy że to mistyczny taniec, pełen czarnej magii, podczas którego artyści w transie potrafią rzucać silne uroki. Agus bagatelizował jego moc, ale brzmiało to trochę tak jakby nie chciał nam zdradzić tajemnic swojego ludu. Za uchem nosił kwiat magnolii(?) jak wszyscy balijscy hinduiści (na Bali stanowią oni 70% ludności, w odróżnieniu od reszty Indonezji gdzie zdecydowaną większość stanowią muzułmanie). Był przemiły i pomocny, kupił nam bilety na Kecak na następny dzień – żeby nie zabrakło dla nas miejsc. I nie wziął żadnej prowizji! Chciałem zwęszyć podstęp, ale on był po prostu pomocny! Przypomniał nam smsem że mamy bilety do odebrania godzinę przed występem, a następnego dnia zapytał jak nam się podobało. Agus był również całkiem przedsiębiorczy – bilety odebraliśmy w jego eleganckim sklepie z ezoterycznymi pamiątkami, który prowadzili razem z żoną.

Ubud, mimo że pełen sklepów zorientowanych na zachodnich turystów był tym czego potrzebowaliśmy po zorientowanej na imprezujących Australijczyków Kucie. Miasto pełne jest galerii, świątyń, hinduistycznych budowli i przyjemnych knajp. Co ciekawe, nie spotkaliśmy tam nikogo z Australii – ale nie ma tam fal, więc gdzie surfować?

W Ubudzie mielismy znowu spać u lokalsa którego znaleźliśmy na couchsurfingu. Dziwna postać – wrózbita, który ze swoimi gościami odprawia magiczne rytuały. Pisał, ze jesteśmy dla niego wielkim szczęściem, darem od bogów z okazji świętego dnia, jednoczesnie przestrzegł nas że będzie chciał odprawić z nami pewien rytuał, zawierajcy… wąchanie intymnych części ciała (ale tylko u mężczyzn!). Po całym dniu wahań postanowiliśmy zaryzykować. Natalia zapisując wieczorem jego numer, przez przypdek zapisała go pod nazwą 666. Natychmiast to zmieniła, widziałem to przez jej ramię, ale zdecydowałem się o tym nie mówić znając jej obawy o tego typu „znaki”. Rano dostaliśmy od niego wiadomość, że odpisaliśmy mu na zaproszenie za późno i niestety nie możemy u niego nocować. Oczywiście mój europejski chłodny racjonalizm każe mi myśleć że to tylko zbieg okoliczności, ale kto wie, może udało nam się uniknąć Balijskiej czarnej magii?

Pierwszego dnia w Ubudzie poszliśmy do Małpiego Gaju, pełnego setek makaków biegających swobodnie dookoła zwiedzających. Małpy czekają tylko aż ktoś da im banana lub nieopatrznie pokaże butelkę z napojem. Kradzież gwarantowana! Komicznie wygląda małpa pijąca z butelki. Ciekawe w jakim wieku małpa uczy się je otwierać? 🙂

Tuż po tym jak Natalia zrobiła cudowne zdjęcie małpy trzymającej w objęciach dziecko spotkaliśmy, naszych krajan, z Lublina! Ania skończyła praktyki w indonezyjskim szpitalu, gdzie poradzili jej leczyć się w pobliskim Singapurze, gdyby zachorowała na coś poważniejszego. Razem z Olą i Kacprem pojechaliśmy następnego dnia na wycieczkę do świątyni słoni, kąpaliśmy się w świętej wodzie Tirtah Empul, piliśmy Kopi Luwak, kawę przetrawioną przez cywetę. Droga ta kawa, ale naprawdę dobra, wcale nie kwaśna lecz niewarta swej ceny, sięgającej czasem setek dolarów za kilogram.

Z Ubudu popłynęliśmy na Jawę, wraz z setkami tysięcy Indonezyjczyków wracających do rodzin z okazji Fidul Itri, święta kończącego Ramadan. Przed portem ciągnął się kilkukilometrowy korek pełen ludzi na skuterach. Na szczęście nam, piechurom, udało się błyskawicznie wsiąść na prom i przeprawić na sąsiednią wyspę.

Na statku, szczęście uśmiechnęło się do nas po raz kolejny. Zagadał do nas pewien Indonezyjczyk, okazało się że i on korzysta z couchsurfingu i zaprosił nas do swojego domu. Wspaniała niespodzianka po wróżbicie z Ubudu! Nasz nowy znajomy nazywa się Fendi, mieszka pod portowym miastem Bahyawingi ze swoją żoną i trzyletnim synkiem na nowym osiedlu małych domków. Fendi jest przewodnikiem i couchsurfing wykorzystuje również jako kanał dotarcia do klientów, ale nie mieliśmy z tym problemu – do krateru wulkanu pełnego oparów siarki lepiej wchodzić z przewodnikiem, szczególnie w nocy 🙂

Pasją Fendiego są żółwie morskie – jest współzałożycielem fundacji pielęgnującej żółwie. Opowiada o nich dzieciom w szkołach i edukuje rybaków, żeby żółwi nie łowili, bo im się to w dłuższym okresie nie opłaca. Żółwie zjadają meduzy, które z kolei wyjadają ikrę ryb. Czyli im więcej żółwi tym mniej meduz, co powinno przekładać się na więcej ryb. Na pewno nie jest to aż tak proste, ale żółwie morskie są pięknymi maruderami podwodnych szlaków. Dobrze że są ludzie którzy są tak oddani ich ochronie.

W wylęgarni pomagaliśmy wykopywać świeżo wyklute żółwiki spod piachu. Fendi mowił że mają tam zakopanych około 8000 jaj! Wykluwa się około 70% żółwi, które potem hodują przez kilka miesięcy, a następnie z dziećmi z okolicznych szkół wypuszczają do morza. Fendi szacował że sędziwego wieku dożywa tylko kilka procent z nich, ze względu na wielu drapieżników, z których najgroźniejszym oczywiście jest człowiek.

Te kilka godzin na plaży było ciekawe i przyjemne, w otoczeniu sponsorów ich fundacji – 2 chińczyków i właściciela firmy transportowej. Ten ostatni był szczególnie zabawny, częstował nas ciastkami z tofu, śmiał się że Ramadanu przestrzega tylko przed żoną, w pracy je dwa śniadania i obiad. Był również ciekaw jakimi alkoholami raczymy się najczęściej w Polsce. Zapraszał na swojego ulubionego Johnego Walkera następnego dnia, oczywiście na plaży, z żółwiami.

Około 20 odwieźliśmy żółwiki do miejsca gdzie pielęgnują je przez kilka miesięcy. Pokazali nam żółwia albinosa (!), żólwia długonosego i błotnego, który właśnie składał jaja.

I wszystko to stało się zupełnie przypadkiem, dzięki temu że Fendi powiedział nam gdzie możemy siedziec na promie. A może to Karma, która uchroniła nas przed czarodziejem z Ubudu?

1-IMG_3991

1-IMG_3980

1-IMG_38651-DSC019431-DSC020111-DSC020341-DSC020391-DSC020401-DSC02053

Advertisements
This entry was published on July 31, 2014 at 11:02 am and is filed under Indonezja, Uncategorized. Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post.

One thought on “Gili – Bali – Bahyawingi

  1. erepetitio on said:

    Powiedział Wam Wróżbita…?! Jak Terzianiemu! I jak nasi kosmiczni bracia z “Facetów w czerni” – piliście jawajską!
    🙂 magia to jest

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: