Trzy tygodnie w… Birmie

Lekcja pokory

1-IMG_3361
Właściwie wypadki na motorze były dwa – na szczęście w drugim Natalia nie uczestniczyła. Ba, nawet nie widziała kiedy za jej plecami, zawracając skuter, pociągnąłem za mocno manetkę i wjechałem w zaparkowany motor jakiegoś Indonezyjczyka. Dopiero miny dzieci, z którymi rozmawiała zasugerowały jej że coś się dzieje. Krwi było dużo ale obrażenia znikome, z opatrunkiem dla mnie szybko przybiegł wąsaty młodzieniec w staniku (w Indonezji, mimo że to kraj muzułmański, do „ideologii gender” podchodzi się raczej na luzie).

Motorowe incydenty nie złagodziły naszego głodu podróży. W końcu to tylko kilka większych strupów, jesteśmy przecież młodzi i odważni – co nas nie zabije to nas wzmocni, prawda? Wieczorem zabukowaliśmy wycieczkę na drugi koniec wyspy, trzydniową wspinaczkę na Mount Rinjani, aktywny wulkan sięgający prawie czterech kilometrów nad poziom morza, drugi najwyższy wulkan w Indonezji. W kalderze wulkanu jest jezioro, dookoła gorące źródła – jak odpuścić coś tak pięknego?

Obudziliśmy się z bólem i pojawiły się wątpliwości, ale agent u którego kupiliśmy wycieczkę zapewnił nas przed odjazdem, że podejście jest łatwe i na pewno damy radę. Kiedy po południu dotarliśmy do podnóża wulkanu przewodnik zaproponował nam herbatę imbirową i zdradził nam szczegóły trekkingu. Pierwszego dnia 7 godzin marszu, drugiego pobudka o 3 rano i 5 godzin wspinaczki, bardzo stromej, trzeciego dnia wspinaczka na sam szczyt. Mówił o tym jak będzie ciężko, o tym jak dużo za wszystko zapłaciliśmy i o tym że nagrodą będzie piękny widok na szczycie. Nie wiem czy to reguła, ale każdy z nielicznych przewodników górskich jakich spotkałem siejąc strach próbował zbudować swoją pozycję lidera grupy. Ten w moich oczach stracił mówiąc dużo o pieniądzach i o tym że nie możemy liczyć na żaden zwrot kosztów jeżeli zrezygnujemy w dniu podróży, a jeżeli będziemy chcieli zawrócić z góry będziemy musieli słono dopłacać za transport.

Po obiedzie chcieliśmy obejrzeć pobliskie wodospady. Przewodnik powiedział, że sami do nich nie dotrzemy i musimy wynająć kogoś kto zatroszczy się o nas w trakcie spaceru, podczas którego będziemy „ryzykować życie”. Przy okazji wystawił rachunek za powitalną herbatę.

Do wodospadów doprowadził nas trzynastoletni chłopiec. Wycieczka trwała 45 minut, droga była nieco trudniejsza niż zejście do metra centrum po niedziałających schodach. W sumie chłopak zarobił na nas 12 dolarów – niezła godzinowa stawka jak na gimnazjalistę! Para Niemców którzy nie chcieli płacić powiedziała nam później że do wodospadów można dojść wygodniejszą, oficjalną drogą. Trzy razy taniej!

Po tym krótkim marszu kostka Natalii zniknęła pod miękką opuchlizną. Po każdym jej kroku słyszałem tłumiony jęk bólu. Wieczorem zdecydowaliśmy się zrezygnować z wspinaczki, razem z Katie, angielką o spojrzeniu Małej Mi. Poszliśmy poinformować o tym przewodnika–guru, ale go nie zastaliśmy. „Modli się, będzie o 19” – usłyszeliśmy od jednego z jego zauszników, który stwierdził że o rezygnacji z wycieczki musimy porozmawiać z szefem. Parę godzin później wciąż się pojawił, natomiast jego podwładny powiedział, że przecież wystarczyło jemu powiedzieć o rezygnacji, ale sprawy finansowe będziemy musieli wyjaśnić rano z szefem. Zdezorientowani, położyliśmy się spać w brudnym pokoju, atakowani przez szerszenie, który na obrazku w biurze turystycznym wyglądał zupełnie inaczej.

Po śniadaniu przyszedł czas na konfrontację z przewodnikiem. Nasza trójka naprzeciw ich trzech. Nie obyło się bez telefonu do agenta biura podróży – przewodnik mówił że to jego szef, tamten – że przewodnik jest jego przełożonym. Obaj przekonywali że zarabiają na nas bardzo mało i to ten drugi spija całą śmietankę. Katie oprócz spojrzenia Malej Mi miała również jej temperament – jej barowy Cockney pomógł nam odzyskać 20% ceny wycieczki.
Szczęście w nieszczęściu – dzień wcześniej obawialiśmy się że zachłanność przewodnika nie pozwoli nam odzyskać ani grosza. Lekko podbudowani tym małym zwycięstwem popłynęliśmy na rajską wyspę Gili Meno, gdzie woda w kranie jest słona, na plaży można spotkać stuletniego żółwia, a nawet najgorliwsi muzułmanie nie wyrzekają się wierzeń w czarną magię.

KOCHANA MAMO, KOCHANY TATO: to było parę ładnych dni temu, jesteśmy cali i zdrowi i hasamy po górach niczym dzikie gazele.
1-IMG_3359 1-IMG_3354 1-IMG_3344 1-DSC01661 1-DSC01640 1-IMG_3729

Wracamy pokonani przez Mount Rinjani

Pokonani przez Mount Rinjani

Advertisements
This entry was published on July 24, 2014 at 4:08 pm. It’s filed under Indonezja and tagged , , . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post.

4 thoughts on “Lekcja pokory

  1. erepetitio on said:

    “Co cię nie zabije to cię wzmocni”… jedna z najgłupszych mądrości ludowych – dowiedziona wyżej 🙂
    Jak wzmacnia rozbita kostka?! Umberto Eco w eseju “Co kraj, to obyczaj” zebrał więcej takich “mądrości”.

  2. Rajmund Sawka on said:

    Synu, ostatnie zdanie tłumaczy wszystkie watpliwości, które się u nas pojawiały jak grzyby po deszczu. To zdanie wprawiło nas w błogi nastrój spotęgowany dodatkowo nalewka z wiśni przygotowana właśnie przez Kobietę.
    A teraz z innej beczki – po przeczytaniu tego wpisu widzę pewna niespójność w ocenie życia w Azji w stosunku do pierwszego wpisu sprzed kilku dni: “Achhhh w podroży wiara w ludzi powraca, powraca po rocznej tęsknocie za azjatycką ziemia. Tutaj człowiek odrzuca chęć kupowania, posiadania. Tutaj jesteś po prostu człowiekiem.” Rozumiem, że to odrzucenie wyżej opisane i wiara w człowieka dotyczy raczej turystów tęskniacych do innego życia a nie ludności tubylczej, która w bliższym kontakcie okazuje się nie tak odmienna od ludności europejskiej?

    Pozdrawiam. Natalię też!

  3. Rajmund Sawka on said:

    Acha, powinienem dodać, że moje rany też się lecza w tempie iście elspresowym. Przynajmniej niektóre :).

  4. W Indonezji z dużym prawdopodobieństwem wszyscy chcą Cię naciągnąć- to jest prawdziwe porzekadło i najlepiej do wszelkich atrakcji docierać samodzielnie (przynajmniej próbować), nie wierzyć, że jest strasznie daleko, gdyż oni po prostu uważają, że przejście do sklepu pod domem jest za daleko i wsiadają na motor. Nie kupować biletów bez zapytania kilku osób, a jak się gdzieś namawiają wiadomo, że już was naciągną. Najlepszy sposób udać, że wcale już nie chcecie “tam” iść i ceny od razu spadają w trakcie, gdy już jesteście 100 m dalej. Czasem jest tak, że jak strasznie krzyczą, że tam jest niebezpiecznie, na pewno tam sami nie dojedziecie, to najlepszą moją radą jest po prostu tam pójść. A jak dobry człowiek Was zechce przestrzec zrobi to w taki sposób, że mu uwierzycie.

    Zgadnij kto to 🙂

    Trzymajcie się i jak Was ktoś zagaduje, że was oprowadzi, jest strasznie miły, ale natarczywy od razu go stanowczo odganiajcie, żeby nie liczył na to, że cokolwiek mu zapłacicie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: