Trzy tygodnie w… Birmie

Phnom Penh

Jadąc do Phnom Penh nie mogliśmy się nadziwić temu, że niegdyś nazywali to miasto perłą Azji. Jak może wyglądać perła w jednym z biedniejszych krajów świata? A może to nie o wygląd chodzi?

Stolica Kambodży to… prawdziwe miasto, co niesamowicie ją odróżnia od reszty kraju i innych miast. Siem Reap, miasto przy którym znajduje się Angkor Wat, trzecie największe miasto Kambodży to kilka asfaltowych ulic na krzyż, targ, trochę murowanych domków, oraz setki miejsc zakwaterowania dla przybywających tam rzesz turystów. W tym również olbrzymie hotele, silnie kontrastujące z biedną okolicą, górują nad miastem i są schronieniem dla turystów przerażonych kambodżańską dziczą.

Phnom Penh to dwumilionowa metropolia, która szybko się rozwija. Rozwija się w bardzo dużej mierze dzięki towarzyszom chińczykom. Pierwszego dnia pobytu wypożyczyliśmy rowery ($1 za dzień) i bez planu błądziliśmy po mieście podglądając życie narodu, który przed niespełna czterdziestu laty dokonał samozagłady. Błądząc tak po mieście dotarliśmy przypadkowo na wyspę na Mekongu nieco na południe od ścisłego centrum. Miejsce to wyglądało tajemniczo, strasznie pusto, mimo że ciągle się tu coś buduje. Punkty gastronomiczne, centrum gier, park, plac zabaw, straż pożarna, osiedle domków – podstawowe elementy miasta są już na wyspie. Jest również klub golfowy i opera, jako że wyspa Koh Pich ma również alternatywną nazwę – Elite Place. Każdy publiczny budynek ma szyld z nazwą po chińsku i angielsku, khmerskie zawijasy obecne są tylko na niektórych.  Wyspa i pobliskie wybrzeże różni się znacznie od reszty miasta i przypomina chińskie osiedla nowobogackich na przedmieściach miast Państwa Środka. Chiny stają się coraz większe.

Kiedy rano jeździliśmy po centrum miasta, okolice pałacu prezydenckiego były zamknięte dla ruchu samochodowego a w mieście było pełno policjantów. Nie zastanawialiśmy się specjalnie nad przyczyną tej sytuacji – po wizycie w Hanoi, pełnym różnego rodzaju mundurowych byliśmy przyzwyczajeni do widoku stróżów prawa w różnych mundurach. Kiedy jednak wieczorem wróciliśmy do centrum, przed jedną z blokad natknęliśmy się na kilkudziesięciu mnichów, skupionych w modlitwie, siedzących po turecku na ulicy. Dookoła mnóstwo dziennikarzy, większość z nich białych. Od jednego młodych Khmerów przyglądających się całemu zdażeniu dowiedzieliśmy się, że tego dnia jest buddyjskie święto, które ma miejsce dwa razy każdego miesiąca. Mnisi zawsze modlą się w okolicach pałacu prezydenckiego, tego dnia mieli się modlić o sprawiedliwy wynik wyborów. Rząd do tego nie dopuścił, paraliżując centrum miasta w godzinach popołudniowych powrotów z pracy. Jak udało nam się później dowiedzieć, wybory odbyły się już przed trzema miesiącami, a wyniki nadal nie zostały ogłoszone. Tydzień wcześniej w mieście były protesty, w czasie których zginął jeden obywatel. Według relacji jego brata, do którego dotarli zachodni pracownicy organizacji pozarządowych, chłopak w ogóle nie brał udziału w manifestacji, tylko wracał z uczelni do domu… Sytuacja polityczna Kambodży to wciąż bardzo ciekawy temat. Zatajanie wyników wyborów przez trzy miesiące to coś niewyobrażalnego na zachodzie.

Warto dodać, że od czasu obalenia Khmerów przez wietnamskie wojska w 1979, żaden z przywódców najokrutniejszego reżimu w dziejach ludzkości nie został skazany, a ich procesy zaczęły się dopiero w zeszłej dekadzie i powołano w tym celu specjalny międzynarodowy trybunał (w którym jedna pani sędzia [sędzina??] jest Polką z Lublina). Zarządcy reżimu tłumaczą się niesubordynacją poddanych, fałszywymi raportami i trudnością przeprowadzenia rewolucji jaką sobie wymarzyli. Wizyta w więzieniu Tuol Sleng, w którym torturowano ludzi przed mordami na polach śmierci ukazuje okrucieństwo i bezsens reżimu Czerwonych Khmerów. Niemożność wymierzenia im sprawiedliwości, bądź chociaż uznania ich odpowiedzialności za śmierć blisko 2 milionów ludzi (czyli 25% narodu) jest dla mnie niepojęta.

Mimo takich doświadczeń (a może właśnie przez nie), Kambodża jest krajem pełnym szczerze uśmiechających się ludzi. Ludzie tutaj są naprawdę sympatyczni i nie czuć tak mocnej chęci wyłudzenia od białasów każdego dolara. Oczywiście, częste są tu różne przekręty, szczególnie uważać należy na kierowców tuktuków, ale zwykli ludzie na ulicy czy na targu są naprawdę mili i pomocni. Co ciekawe, znajomość angielskiego w Kambodży jest na naprawdę wysokim poziomie. Co do cen dogada się każdy, ale wiele przypadkowych osób mówi po angielsku. Dogadać się można z wsztstkimi kierowcami – może łgać ale z rozmową nie ma problemu. Doskonale mowią po angielsku uliczni sprzedawcy książek. Najpierw propnują przewodniki, później beletrystykę, po czym nieoczekiwanie zmieniają asortyment na marihuanę i inne narkotyki. KAŻDY uliczny sprzedawca książek proponował nam tu marihuanę, większość z nich była dosyć nachalna gdy odmawialiśmy. Niczym była jednak ich nachalność w porównaniu z działaniami małych dziewczynek sprzedających przede wszystkim bransoletki. Co ciekawe, dziesięciolatki mówiły bardzo dobrze po angielsku. Niestety widok pracujących dzieci jest tutaj czymś powszechnym. Zawsze budzi to pytanie – czy pomóc słodkiemu dzieciaczkowi o słodkich oczach, czy walczyć z wyzyskiwaniem dzieci nie kupując od nich niczego. Natalia kupiła bransoletkę od jednej dziewczynki, która gadała z nami co najmniej dwadzieścia minut i proponowała różne zakłady, gry w papier/kamień/nożyce ustalające ceny ozdóbek.

Przy tej rażącej biedzie i kłującym w oczy wyzyskowi dzieci rzucają się środki lokomocji w Phnom Penh. Oczywiście większość ludzi podróżuje na skuterach, publicznych autobusów tu chyba nie ma, natomiast auta, jeżeli już są, to zazwyczaj wielkie SUVy, typowe dla amerykańskich mam, lub niemieckie auta wyższych klas. Widzieliśmy jeden salon sprzedaży w centrum. Nie był to przeszklony budynek, z kilkoma autami na wystawie, do jakich przywykliśmy w Polsce tylko najprostszy hangar przykryty falistą blachą.

Kontrasty w Kambodży są niesamowite i po raz kolejny przekonały nas do przedłużenia planowanego pobytu w tym kraju. I na pewno jeszcze tu wrócimy. Może za kilka lat uda się choć ze stolicy wyrugować wyzysk dzieci? W końcu negatywnie wpływa to na image miasta, a co za tym idzie na wartość chińskich inwestycji? Bo rozwój prowincji, do poziomu bliższego zachodnim standardom na pewno zajmie dziesiątki, jeżeli nie setki lat, jeżeli w ogóle jest możliwy.

A może w ogóle nie jest potrzebny i powolne życie w rytmie Mekongu pozostanie domeną tego regionu?

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

 

Image

Image

Image

Image

 

 

 

Image

 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Advertisements
This entry was published on September 28, 2013 at 5:05 pm. It’s filed under Uncategorized, Wietnam, Laos, Kambodża and tagged , . Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post.

2 thoughts on “Phnom Penh

  1. SĘDZIA!!! sedzina – żona sędziego.
    A panią SĘDZIĘ M. poprosimy o komentarz:)

  2. Małgosia on said:

    Wow! Zdjęcie bosonogich dzieci pod brzuchem konia ze złotym jeźdźcem powinno trafic na konkurs do National Geographic!!!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: