Trzy tygodnie w… Birmie

Droga do Phnom Penh

Wyjazd z Don Det wygląda dla każdego właściwie tak samo – o 8 rano należy stawić się w ‘porcie’ na wyspie i cierpliwie czekać aż któryś z Laotańczyków wskaże miejsce w odpowiedniej łódce. Wszystkie łódki płyną w jedno miejsce – do wioski gdzie jest przystanek autobusowy. Stamtąd turyści z rożnych stron świata, głównie z USA, Australii i Niemiec, wsiadają w autobusy albo do Kambodży, albo  na północ. My jechaliśmy do Phnom Penh, stolicy kraju Khmerów.

Znając tempo pracy naszych gospodarzy, zamówiliśmy śniadanie już o 7 rano, żeby zdążyć coś zjeść przed odpływem. Dzień zaczął się oberwaniem chmury, a my dziwnym trafem, przyjeżdżając tutaj w porze deszczowej, nie byliśmy wyposażeni w żadne ubrania przeciwdeszczowe, na szczęście w pobliskim sklepie o 7 rano udało nam się kupić szykowne ponczo przeciwdeszczowe w liczbie sztuk dwóch, pomarańczowe i zielone.

Po 40 minutach, przykryci kolorowymi nieprzemakalnymi pelerynami, uzbrojeni w wypchane po brzegi plecaki poszliśmy na śniadanie, które niestety na nas nie czekało – jakoś o nim zapomnieli. Perspektywa braku śniadania, przynajmniej dla połowy z nas to wizja iście okrutnego początku dnia… na pocieszenie, oprócz zwrotu kosztów niewydanego posiłku, dostaliśmy garść bananów na pocieszenie, które miały nas uratować przed pomrukiwaniami brzuchowego puzonu sygnalizującego głód.

W ‘porcie’ czekały dwie łódki gotowe do odpływu, jedna z ‘dachem’, druga bez. Nam przypadła ta gorsza, ale poncza okazały się niezawodne przy kilkunastominutowej przeprawie przez Mekong w strugach deszczu  – polecamy na każdą wyprawę! Po dotarciu na drugi brzeg rzeki okazało się, że nasze bilety (różowe) musimy wymienić na nowe (białe). Kluczowa różnica między nimi polegała na tym, że na drugich było napisane na górze „PARAMOUNT ANGKOR EXPRESS COMPANY”. Internety podają dużo informacji na temat problemów z tym przewoźnikiem… niestety nie mogliśmy nic z tym zrobić, tylko liczyć na bezpieczną i spokojną podróż.

Najpierw czekaliśmy. I czekaliśmy… Nieoczekiwanie pojawił się autobus otoczony kilkoma vanami jadący na południe – w kierunku granicy z Kambodża. Kolor biletu decydował o środku lokomocji – nam przypadł mini van pozbawiony fotela kierowcy. Prowadzący Khmer atletycznej postury siedział na małej pufie i śmiał się radośnie gdy wszyscy wyciągali telefony by uchwycić w aparacie tak niecodzienny widok kierowcy bez fotela.

Granice Kambodży pełne są przekrętów i wyłudzania pieniędzy. Stempel potwierdzający wyjazd z Laosu kosztował nas po 2 dolary – niby nie dużo, ale za co?? Punkt potwierdzający dobry stan zdrowia minęliśmy bez mrugnięcia okiem ($2 w kieszeni), wiza kosztowała nas $25 – o 5 dolarów więcej niż np. w ambasadzie w Vientianie. Jadąc autobusem, a nie mini vanem prawdopodobnie  bylibyśmy zmuszeni oddać paszporty cwaniakowi w autobusie, który załatwiał wszystko za $30. Przekroczywszy granicę mogliśmy ponownie zacząć czekanie. Czekaliśmy i czekaliśmy, w skleconych pod lasem prowizorycznych knajpkach. Nie miały ścian ale były wyposażone w telewizory. Na granicy spędziliśmy jakieś 2,5 godziny, większość czasu czekając. Jak się miało okazać, czekaliśmy na 2 osoby które dołączyly do autobusu.

Gdy wreszcie ruszyliśmy, okazało się że drogi w Kambodży są fatalne. Kiedy odwiedziliśmy te kraj przed dwoma laty mieliśmy przyjemność jechać porządną asfaltową drogą z granicy z Tajlandią do Siem Reap – miasta przy którym leży Angkor Wat, najbardziej majestatyczna budowla jaką dane nam było oglądać (na Angelinie Jolie też zrobiła niemałe wrażenie –  po nakręceniu Tomb Raider tamże zdecydowała się na adopcję dzieci właśnie z Kambodży). Droga którą jechaliśmy miejscami była asfaltowa. Z rzadka.

[drogi w Kambodży wg. Google:  bit.ly/19x99mt ]

Podróż była męcząca przede wszystkim ze względu na brak klimatyzacji w autobusie. W tym klimacie jest to standard, naprawdę rzadko pomijany. Obsłga autobusu twierdziła że klima zepsuła się tego dnia rano… po kilku godzinach jazdy udało nam się ich przekonać, że warto byłoby otworzyć drzwi żeby do środka wpadła odrobina powietrza.

Ciężko było też dowiedzieć się ile czasu zajmie nam dojazd do stolicy Kambodzy. O 20, niebawem, o 21, już niedługo, o 22, już dojeżdżamy, o 23… Po 16 godzinach podróży, w gnijących ubraniach, śmierdzący i zaparowany niczym sauna autobus dotarł do Phnom Penh. Nie na dworzec, lecz jakąś ulicę na której czekało kilka tuktuków – na pewno dogadani z przewoźnikiem, było ich akurat tylu by zabrać wszystkich podróżnych. Tuk tuki były wyjątkowo drogie, dojazd gdziekolwiek był wg nich ‘very very far away from here, long way sir!’. Z dwojgiem Chorwatów wsiedliśmy do pojazdu prowadzonego przez około pięćdziesięcioletniego Chompee’ego.

Najbardziej nietypowe było w nim to, że nie miał klaksonu. Każdy kto był w Azji zna wagę tego urządzenia – jest stokroć bardziej przydatne niż migacze. Za jego pomocą sygnalizuje się swoją obecność na każdym zakręcie, zawsze kiedy na drodze widać jakiegoś przechodnia, urządzenie to wydawało nam się niezbędne. Chompee radził sobie bez klaksonu. Gwizdał. Przy wjeździe na większe ulice, gdzie większość samochodów to nowiutkie SUVy, budziło to u nas małe obawy, ale usta Chompee’ego sprawowały się na drodze nie gorzej niż klakson.

Mimo że hostel do którego miał nas zawieźć był ‘far away, far from center’ to zawiózł nas do zupełnie innego miejsca. Jak zauważyliśmy, inne osoby które jechały z nami  autobusem już tam były. Nie daliśmy się namówić na wybór tego hostelu – Chompee ze smutkiem zawiózł nas do ustalonego wcześniej celu. Za podróż wziął od nas 16 dolarów, niemal płacząc że to tak mało. Poźniej dowiedzieliśmy się , że $4 to standardowa cena za taki kurs…

Po męczącej podróży znaleźliśmy ukojenie w świetnie wyposażonym hostelu Mad Monkey, urządzonym w pięknym, kolonialnym budynku w dzielnicy imigrantów z wyższych sfer w Phnom Penh.

Advertisements
This entry was published on September 24, 2013 at 7:22 pm and is filed under Uncategorized, Wietnam, Laos, Kambodża. Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post.

One thought on “Droga do Phnom Penh

  1. Zdjęcie z lokalną policją – moja krew!
    więcej zdjęć niech zostanie pokazane – może dla odmiany: Indochiny na bogato?
    i spóźnione imieninowe całuski:)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: